Organizacje pozarządowe są często na pierwszej linii najtrudniejszych społecznych tematów. Mówią o prawach człowieka, wykluczeniu, zdrowiu psychicznym, edukacji, środowisku, przemocy, równości czy lokalnych konfliktach. Im ważniejszy temat, tym częściej pojawia się opór – także w formie hejtu online. Problem w tym, że koszty tej przemocy ponoszą nie tylko osoby publiczne. Coraz częściej ponoszą je społecznicy, aktywistki, moderatorzy, liderki i małe zespoły NGO, które każdego dnia muszą czytać komentarze, reagować na ataki i jednocześnie dalej robić swoją pracę.
W debacie o hejcie online często mówi się o wolności słowa, moderacji i odpowiedzialności platform. Rzadziej mówi się o tym, co dzieje się z człowiekiem, który przez tygodnie, miesiące albo lata jest wystawiony na pogardę, groźby, wyśmiewanie, dehumanizację czy skoordynowane ataki.
Dla wielu osób zaangażowanych społecznie internet nie jest dodatkiem do pracy. Jest miejscem prowadzenia kampanii, edukowania, pozyskiwania wsparcia, budowania społeczności i reagowania na kryzysy. Oznacza to, że rada „po prostu nie czytaj komentarzy” jest często nierealna. Ktoś musi je czytać. Ktoś musi usuwać groźby, spam, dezinformację i przemoc słowną. Ktoś musi zdecydować, gdzie kończy się krytyka, a zaczyna nękanie.
I bardzo często tym „kimś” jest osoba, która już i tak pracuje na granicy przeciążenia.
Hejt nie jest tylko „nieprzyjemnym komentarzem”
Z perspektywy zdrowia psychicznego hejt online nie jest drobną przykrością, którą można łatwo zignorować. Długotrwała ekspozycja na agresywne komentarze może uruchamiać mechanizmy stresowe podobne do tych, które pojawiają się w innych sytuacjach zagrożenia społecznego.
Człowiek jest istotą społeczną. Nasz mózg bardzo silnie reaguje na odrzucenie, upokorzenie i wykluczenie. Jeden agresywny komentarz potrafi zostać w głowie dłużej niż dziesiątki pozytywnych reakcji. Nie dlatego, że jesteśmy „przewrażliwieni”, ale dlatego, że ludzki układ nerwowy jest ewolucyjnie nastawiony na wychwytywanie zagrożeń.
W przypadku osób działających społecznie problem jest jeszcze głębszy. Atak rzadko dotyczy tylko pojedynczej wypowiedzi. Często uderza w tożsamość, wartości, wygląd, pochodzenie, płeć, zdrowie psychiczne, orientację, poglądy albo sam fakt zabierania głosu w przestrzeni publicznej. To nie jest zwykła „ostra dyskusja”. To może być ciągła presja, która odbiera energię, uwagę i poczucie bezpieczeństwa.
Cicha konsekwencja: autocenzura i wycofanie
Jednym z najpoważniejszych skutków hejtu jest efekt mrożący. Osoby, które regularnie doświadczają przemocy online, zaczynają ograniczać swoją aktywność: rzadziej publikują, unikają trudnych tematów, nie zabierają głosu w debacie albo całkowicie wycofują się z widoczności.
Dla NGO to szczególnie niebezpieczne. Organizacje społeczne istnieją po to, żeby wnosić do debaty głosy, które często są niewygodne, pomijane albo trudne. Jeśli ich przedstawiciele milkną, bo koszt psychiczny obecności online jest zbyt wysoki, tracimy jako społeczeństwo znacznie więcej niż tylko jeden post czy jedną kampanię.
Hejt nie musi przekonać większości. Wystarczy, że zmęczy tych, którzy próbują coś zmienić.
Głośna mniejszość udaje większość
W pracy nad ZenFeed przyglądaliśmy się także temu, jak bardzo komentarze potrafią zniekształcać obraz rzeczywistości. Często mamy wrażenie, że „wszyscy” są agresywni, że „cały internet” nienawidzi, że dominującą normą jest pogarda. Tymczasem badania i obserwacje pokazują, że najbardziej toksyczne treści produkuje zwykle niewielka, bardzo aktywna grupa użytkowników.
W jednym z przywoływanych przez nas kontekstów ludzie szacują, że toksyczne treści publikuje niemal połowa użytkowników. Realnie może to być zaledwie kilka procent – około 3–7%. Problem polega na tym, że ta głośna mniejszość jest nadreprezentowana w komentarzach i bardzo skutecznie tworzy wrażenie społecznej większości.
Dla liderów NGO ma to ogromne znaczenie. Jeżeli po publikacji ważnej kampanii widzimy głównie jad, łatwo pomyśleć: „ludzie są przeciwko nam”. Ale czasem to nie społeczeństwo mówi. To algorytmicznie wzmocniona, aktywna i agresywna mniejszość zajmuje przestrzeń rozmowy.
Moderacja to nie cenzura. To warunek rozmowy
Wokół moderacji treści często pojawia się obawa: czy usuwanie komentarzy nie jest ograniczaniem wolności słowa? To ważne pytanie. Ale równie ważne jest inne: czy przestrzeń pełna gróźb, pogardy i nękania naprawdę jest przestrzenią wolnej debaty?
Nie każda wypowiedź wnosi coś do rozmowy. Krytyka, spór, niezgoda i trudne pytania są potrzebne. Ale przemoc słowna, dehumanizacja, groźby czy uporczywe nękanie nie budują debaty – one ją niszczą. Sprawiają, że osoby najbardziej narażone wycofują się, a głos zabierają ci, którzy mają najwięcej agresji i najmniej skrupułów.
Dlatego moderację warto rozumieć nie jako cenzurę, ale jako dbanie o warunki rozmowy. Tak jak podczas spotkania stacjonarnego nie pozwalamy komuś krzyczeć, obrażać i zastraszać innych uczestników, tak samo w przestrzeni online organizacje mają prawo chronić swoje społeczności.
Dlaczego stworzyliśmy ZenFeed
ZenFeed powstał z bardzo osobistego doświadczenia. Szymon Nieradka przez lata pracował jako manager i lider technologiczny, między innymi przy dużych projektach cyfrowych. Równolegle działał obywatelsko w Szczecinie i stworzył platformę Uprzejmie Donoszę. To właśnie ta aktywność sprawiła, że sam doświadczył fali skoordynowanego hejtu.
Szukał narzędzia, które pomogłoby mu chronić się przed codziennym kontaktem z nienawistnymi komentarzami. Nie znalazł rozwiązania, które odpowiadałoby na ten problem w sposób praktyczny i jednocześnie odpowiedzialny. Dlatego zaczął budować własne.
Tak powstał ZenFeed – narzędzie, które działa jako pierwsza linia obrony dla osób prowadzących społeczności online. Jego celem nie jest usuwanie krytyki ani wygładzanie dyskusji. Celem jest filtrowanie treści nienawistnych, przemocowych i toksycznych tak, aby człowiek nie musiał zaczynać dnia od ręcznego przeglądania przemocy.
ZenFeed przeanalizował już około 50 tysięcy komentarzy i jest rozwijany z myślą o osobach oraz organizacjach, które muszą być obecne w internecie, ale nie powinny płacić za tę obecność własnym zdrowiem psychicznym.
Technologia może chronić, nie tylko angażować
Przez lata przyzwyczailiśmy się do myślenia, że technologia społecznościowa służy głównie zwiększaniu zaangażowania. Platformy premiują emocje, reakcje, konflikty i treści, które zatrzymują uwagę. Niestety, gniew i pogarda bardzo dobrze „działają” w takim modelu.
Dlatego potrzebujemy narzędzi, które idą w przeciwnym kierunku. Nie takich, które generują jeszcze więcej treści, ale takich, które pomagają odzyskać higienę cyfrową, granice i poczucie bezpieczeństwa.
ZenFeed jest próbą zbudowania właśnie takiej infrastruktury ochronnej. Łączy perspektywę technologiczną z wiedzą o zdrowiu psychicznym i społecznym funkcjonowaniu człowieka. Dla nas kluczowe jest jedno: osoba prowadząca stronę, kampanię czy społeczność nie powinna być zmuszona do codziennego kontaktu z przemocą tylko dlatego, że chce działać publicznie.
Bezpłatnie dla NGO
Ponieważ problem szczególnie dotyka organizacji społecznych, zarejestrowane NGO mogą korzystać z pełnej wersji ZenFeed bezpłatnie. W zamian prosimy o pomoc w szerzeniu idei: że ochrona zdrowia psychicznego osób działających społecznie powinna być częścią odpowiedzialnego zarządzania organizacją.
Tak jak mówimy o przeciwdziałaniu wypaleniu, bezpieczeństwie pracy, dobrostanie zespołów i odpowiedzialnej komunikacji, tak samo powinniśmy zacząć mówić o higienie komentarzy. Nie jako dodatku, ale jako realnym elemencie infrastruktury działania społecznego.
Bo aktywiści, liderzy i zespoły NGO nie powinni wybierać między widocznością a zdrowiem psychicznym.

